Słodkie nieba… rynkiem pracy znowu rządzą wskaźniki!

źródło: pixabay.com; autor: gentlegiant27153

źródło: pixabay.com; autor: gentlegiant27153

Właśnie z Sejmu nadlatuje kolejna jaskółka będąca zwiastunem, dowodem tego jak słaby i ułomny jest polski rynek pracy oraz jak „kupuje się” miejsca pracy. Ta jaskółka nie dość, że wydaje znany każdemu odgłos „Kuuuu kuuu, kuuu kuuu”, to jeszcze pokazuje palcem znany gest „Kuuu kuuu, na muniu”…

Szykuje się kolejna faza ekonomicznego wsparcia dla przedsiębiorstw opatulona w filozofię ratowania młodych bezrobotnych, którzy bez doświadczenia zawodowego „prawdopodobnie” samodzielnie nie poradzą sobie na rynku pracy… Wiadomo ludziom pomagać trzeba, zwłaszcza niezaradnym bidulkom poszukującym pracy i zalegającym w rejestrach urzędów pracy oraz nader zaradnym biznesmenom unikających obciążeń finansowych po własnej stronie…

Ale o co chodzi?! Otóż, nowelizacja przewiduje, że przedsiębiorcy, którzy w 2016 r. i 2017 r. zatrudnią w swojej firmie osobę bezrobotną do 30 roku życia, przez okres 12 miesięcy będą mogli liczyć na zrefundowanie wynagrodzenia dla osoby bezrobotnej w wysokości minimalnego wynagrodzenia za pracę… wraz ze składkami ZUS i NFZ. Czyli co dzieje? Zakładając, że przedsiębiorca, potrafiący liczyć na kalkulatorze, zatrudni osobę młodą za stawkę minimalną (minimalne wynagrodzenie za pracę w kraju), to ma pracownika przez 12 miesięcy „za darmo”. Wynagrodzenie dla osoby zatrudnionej będzie refundował przedsiębiorcy powiatowy urząd pracy przelewając w odstępach regularnych (kochane) pieniążki na wskazane konto bankowe przedsiębiorcy. I takich etatów tylko w 2016 r. ma powstać 30 tysięcy (a docelowo ok. 100 tysięcy), na co minister finansów ( tylko w 2016 r.) zgodził się wydać z budżetu państwa 700 mln polskich złotych.

Napisałem, że ów pracownik będzie „za darmo”, ale nie bez powodu znalazł się tam cudzysłów. Jeżeli pracodawca zatrudni młodego bezrobotnego, to otrzyma przez rok refundację wynagrodzenia, ale zobowiązuje się również do przedłużenia umowy z pracownikiem na okres kolejnych 12 miesięcy. W kolejnym roku współpracy obciążenia związane z wynagradzaniem finansowym pracownika będą po stronie przedsiębiorcy/pracodawcy. Zakładając, że obie strony przedłużą umowę o pracę na tych samych warunkach (płaca minimalna), to w efekcie taki pracownik wyjdzie pracodawcy i tak atrakcyjnie, po dwóch latach współpracy „za pół ceny”. Warto? Noooo pewnie, że warto! Ale dla kogo?

Przedsiębiorca w pierwszym roku otrzymuje na zatrudnienie bezrobotnego ponad 26 tys. zł wsparcia, czyli jakieś 2170 zł miesięcznie ze wspomnianymi już składkami. Jeżeli w kolejnym roku zatrudnienie nie będzie kontynuowane, to pracodawca zwróci dotację (taki straszak, żeby nie było!), albo jeśli zostanie przerwane w trakcie roku, to zwróci dotację w części, adekwatnie do czasu przepracowanego przez pracownika. Banalnie proste w realizacji i przy wyliczeniu. Banalna jest też recepta na wskaźniki i statystykę polskiego rynku pracy - subsydiowane zatrudnienie, unijna kasa, różnej maści dotacje dla przedsiębiorców i na osoby bezrobotne.

A samemu młodemu bezrobotnemu co z tego przyjdzie? Ano wiadomo - zyska bezcenne i atrakcyjne rynkowo doświadczenie zawodowe, być może jakieś twarde kwalifikacje, otrzyma godne wynagrodzenie za pracę i czeka go świetlana przyszłość, może nawet jakaś kariera… A jeśli nie kariera, to w najgorszym razie, po dwóch latach tyrania na minimalnej pensji, otrzyma dobre referencje, które ma sobie najczęściej sam napisać i dać do podpisu „przedsiębiorczemu”. Każdy chyba się zgodzi, że od czegoś trzeba zacząć… nie ma co się dziwić.

Podobno, według ekspertów rynku pracy, zainteresowanie ze strony firm takimi programami jest tak duże, że nie starcza pieniędzy dla wszystkich. Niektórzy są nawet zdania, że takie rozwiązanie powinno być wprowadzone na stałe (np. Pracodawcy RP). Ciekawostka, prawda?! Mam nadzieję, że nie zabraknie chętnych młodych bezrobotnych do udziału w tym programie, a jak zabraknie albo będą się migać od takich rozwiązań, to się ich z rejestru z przyjemnością wyczyści obniżając automatycznie stopę bezrobocia i poprawiając strukturalny obraz bezrobocia w kraju. Rynek pracy będzie miał się coraz lepiej! Kuuu kuuu, kuuu kuuu!

 

Dokąd zmierzasz Polsko?

Państwo chowa się po rządowych gabinetach, gasi światło w pokojach i udaje, że nikogo nie ma w domu. W mediach dominują filmy o petardach i gwizdkach, o strzelającym do tłumu „gestapo”; seriale z udziałem związkowców, programy o przewodniczących celebrytach, teleturnieje „kto da nam więcej?”. Pani premier nawet ucharakteryzowana nie przypomina Margaret Thatcher… Rząd i podległe służby nie radzą sobie z grupami zawodowymi, którym w przeszłości zagwarantowano szereg przywilej…ów niczym szlachcie wieki wcześniej. Trudno też się dziwić – nie każdy lubi dialog społeczny, po którym musi być hospitalizowany z powodu trafienia cegłą w głowę. Rodzą się oddolne konflikty społeczne… cegłą może dostać każdy… Czy Państwo czeka na to, że to obywatele rozjadą na drogach wszystkich związkowców, rolników, górników? Czy Państwo czeka na to, że obywatele zaczną sami podpalać miasteczka strajkowe nauczycieli, lekarzy i pielęgniarek pod sejmem?



A cała reszta obywateli chce spokojnie żyć i pracować, dowieźć towary na czas, otrzymać nieuprzywilejowane wynagrodzenie za dobrze wykonaną pracę, w sposób niezakłócony dotrzeć z punktu A do punktu B.

Kto tu bardziej przegina strunę? Dokąd zmierzasz Polsko?

Anegdotka z życia wzięta (cz. 3)

Zamarzyło mi się, żeby sprawdzić stan swojego serca, bo wraz z wiekiem nabiera ono doświadczenia niczym silnik mojego samochodu. Lekarz nie wiedział, co wymyślić, żeby „legalnie” dać mi sercowe skierowanie w kraju, w którym promuje się działania z zakresu profilaktyki zdrowotnej… ale udało się – zrobimy EKG wcześniej i potem badanie szczegółowe u kardiologa: „Tutaj jest skierowanie, proszę ustalić termin w rejestracji.”

Na wszelki wypadek nie dziękowałem lekarzowi, bo liczyłem się z tym, że będę za chwilkę dziękowania żałował. Bałem się tego, co nastąpi już w samej rejestracji:

Pacjent: „Dzień dobry, chciałem się zarejestrować na wizytę u kardiologa. Oto moje skierowanie.”

Służba zdrowia: „Dzień dobry. Yyyy, terminy na wrzesień, październik…”

Pacjent: „No trudno, proszę zarejestrować.”

Służba zdrowia: „W czwartek na godz. 8… Może być?”

Pacjent: „Tak, może być, obojętnie, aby do tego terminu dożyć…”

Służba zdrowia: (udaje, że super żartu nie było) „To w czwartek na godz. 8.”

Pacjent: „A zapisze mi Pani na kartce, w jaki to dokładnie czwartek będzie?”

Służba zdrowia: „Ach (coś najwyraźniej przeoczyłam), tak, już Panu zapisuje karteczkę… Proszę!”

Pacjent: „Dziękuję!” (odchodzę i sprawdzam termin na kartce… szybka refleksja – kur.a to już niebawem… mówiła, że wrzesień październik? wszystko się zgadza!)

Mam zaklepane! Mam nadzieję, że serce do tego czasu będzie pompować bez zarzutu! Martwi mnie tylko ta adnotacja na karteczce z taką liczbą wykrzykników przy wyrazie UWAGA…

UWAGA !!!!!!!!!!

Próba zniechęcenia rodziców do odwożenia dzieci do przedszkoli…

Pedestrian, autor: Markus Baumeler; źródło: pixabay.com

Pedestrian, autor: Markus Baumeler; źródło: pixabay.com

   W trójmiejskich mediach głośno w tym tygodniu o urzędowym, gdyńskim pomyśle na zniechęcanie rodziców do odwożenia dzieci do przedszkoli… Pomysł trzeba przyznać jest niezwykle – jak na pomysły urzędowe – innowacyjny, w czym utwierdziła mnie dzisiejsza informacja zasłyszana w lokalnym radio – idea została przekopiowana z innego urzędu miejskiego zlokalizowanego na terenie bardziej rozwiniętego kraju Europy Zachodniej.

   W zamyśle, miasto Gdynia ma w planach przekonać rodziców 3 tys. przedszkolaków, aby pozostawili swoje auta w podziemnych halach i garażach, a następnie odprowadzili swoje pociechy do przedszkoli na piechotę, spacerkiem, aby również zadbać o zdrowie i kondycję naszych pociech. W planach kampanii niestety nie wspomina się, co dalej z rodzicem, który odprowadził dziecko do przedszkola… Nie ma też w informacjach prasowych refleksji nad procedurą odbioru dziecka z przedszkola i procesem przetransportowania go do domu w godzinach wieczornych. Urząd na ten temat milczy, kampania też. Rodzic musi jak zwykle wymyślić w odpowiedzi własną kampanię i wdrożyć ją w życie.

   Argumenty urzędowe „za” nieodwożeniem dzieci do przedszkola? Jest ich według urzędników kilka:

- podróżowanie do przedszkoli w sposób ekologiczny (emisja dwutlenku węgla?);
- zmniejszenie ruchu samochodowego przy gdyńskich przedszkolach (komu przeszkadza, to można również zrezygnować z posiadania własnego auta i poruszać się piechotą albo się zdecydować na przeprowadzkę z dala od przedszkoli, które stoją w tym samym miejscu od lat);
- promowanie zrównoważonych sposobów przemieszczania się po mieście (szlaki komunikacyjne w mieście zbudowano w sposób zrównoważony?).
- więcej „za” nie było…

Media podkreślają, że zdania rodziców na temat planowanej kampanii są podzielone. Poważnie?! Podejrzewam, że ci rodzice, którzy nie mają samochodów lub mają blisko do placówek są (lub z braku wyboru muszą być) „za”, a ci, dla których poranne pokonywanie długich tras jest bardzo kłopotliwe i czasochłonne są (z wyboru) „przeciw”, hm?

W mojej ocenie słusznie zauważa jedna z mam przedszkolaka: „Jestem w pracy do godziny 17, nie byłabym w stanie się wyrobić, gdyby mój syn chodził pieszo do przedszkola. Placówkę zamykają o 17:30. Obecnie wydźwięk kampanii jest taki, że nie dbam o zdrowie dziecka, bo wożę je samochodem.” (…)

Czy akcja urzędu miasta za 61 tys. zł może w tym zakresie cokolwiek zmienić? Wątpię!  Czy promowanie zrównoważonego, ekologicznego przemieszczania się i próba odkorkowania miasta może zwyciężyć z ludzką wygodą, komfortem, ekonomią i kwestią zarządzania czasem. Otóż stawiam tezę, że nie może. Taka kampania pewnie i może odnieść jakiś, zakładany w planach, pozytywnych skutek… ale należy zadać sobie zasadnicze pytanie – kto powinien być rzeczywistym odbiorcą tej kampanii? Czy każdy rodzić przedszkolaka w Gdyni powinien potencjalnie być brany pod uwagę jako grupa docelowa projektu? Moim zdaniem NIE! Nie ma to największego sensu. Jeśli ktoś chce mnie przekonać, niech spróbuje swoich sił i perswaduje.

Oto mój osobisty przypadek:

CZAS:

wyjeżdżam rano o 6:50 z domu. Pokonuję dziennie autem ok. 52 km trasy, 4 km do samego przedszkola. Po drodze do pracy odwożę dziecko do przedszkola (rozpoczyna „robotę” o godzinie 7), następnie żonę do jej miejsca pracy, aby finalnie dotrzeć do swojej pracy. Po południu odwracamy mechanizm i wracając odbieram żonę i razem jedziemy po nasze dziecko. W przedszkolu jesteśmy 16:45. Dziecko spędza w przedszkolu prawie 10 godzin! W domu jesteśmy ok. 17… chyba, że trzeba coś załatwić po drodze (np. zakupy, poczta, wizyta lekarska, itp., itd.). Zdarza się, że zmęczone, wyczerpane dziecko zasypia po dwóch minutach spędzonych w samochodzie i do domu wnosimy jest śpiące… Ktoś to próbował robić takie manewry z wykorzystaniem autobusu, kolejki, której przystanki są oddalone o kilometr od domu? Przejazdy dziennie autem zajmują mojej rodzinie: 1 h rano, 1 h 15 min wieczorem. Jeśli chodzi o przejazdy środkami komunikacji miejskiej, to czas samego przejazdu jest krótszy, ale czasy dodatkowych spacerów z przystanku na przystanek, oczekiwania na przesiadki (mam dwie przesiadki, ale z jednej rezygnuje na rzecz spaceru), zdecydowanie niekorzystnie wpływają na łączny czas podróży. Auto w tym wypadku wygrywa, no chyba, że przyjdzie zima i na drogach stoi pół miasta…

PIENIĄDZE:

alternatywny wobec samochodu, łączny koszt przejazdów komunikacją miejską wynosi dziennie 39,2 zł w przeliczeniu na rodzinę. Licząc miesięcznie 20 dni roboczych daje to wydatek rzędu 784 zł. Zaznaczę, że dziecko póki co nie płaci za przejazdy, a ja, żeby nie podwyższać kosztów (albo dla zdrowotności jak niektórzy wierzą) część trasy od kolejki do miejsca pracy pokonuję piechotą (20 min. w jedną stronę). Oczywiście wpadłem już na to, że gdyby wykupić bilety okresowe obniżenie kosztów byłoby zauważalne. Już sprawdzam! Mam możliwość zakupu biletu metropolitalnego na komunikację komunalną w dwóch miastach oraz kolejową pomiędzy miastami. Koszt za 30-dniowy bilet normalny to 220 zł, czyli za dwie osoby 440 zł. Dodatkowo jedna osoba uzyskałaby zniżkę od pracodawcy (musiałbym się jednak upewnić), ale dzięki temu koszty mogłyby spaść z pewnością poniżej 400 zł na rodzinę. Różnica jest widoczna, czyli warto jeździć komunikacją miejską korzystając z biletów okresowych. Teraz sprawdzam, ile kosztuje mnie użytkowanie auta – przejeżdżam dziennie ok. 52 km, czyli w dwa dni robocze pokonuję łatwo przeliczalną trasę ok. 100 km, czyli w moim przypadku ok. 10 litrów paliwa „95″ po cenie (uśrednionej w kraju) 4,55 zł/l. Daje mi to koszt rzędu 45,5 zł za dwa dni użytkowania auta, czyli w miesiącu mam dziesięć takich przejazdów dwudniowych, a zatem łącznie daje to 455 zł na rodzinę. Kwota ta oczywiście jest w chwili obecnej niższa z uwagi na niższe ceny paliwa – już w grudniu płaciło się za litr paliwa 4,48 zł, a na początku stycznia cena oscyluje wokół 4,28 zł/l (przy tej cenie byłoby to 428 zł na rodzinę w miesiącu). Wyliczenia wskazują, że czy to na przejazdach z biletem okresowym czy własnym autem wydatki z rodzinnego budżetu są podobne w skali miesiąca. A z trzeciej strony nie chce mi się wierzyć, że schodzi mi 10 litrów na każde przejechane 100 km.

KOMFORT:

nikt mnie nie przekona, że jazda komunikacją miejską jest bardziej komfortowa od podróżowania własnym autem, a zwłaszcza całą rodziną w okresie jesień-zima (oszczędzam też na wizytach lekarskich i zakupach leków – dziecko nie choruje, rzadko się przeziębia). Argumentem nie jest też fakt, że w aucie trzeba być non stop skoncentrowanym i człowiek się niepotrzebnie stresuje w korkach, natomiast w kolejce podmiejskiej można poświęcić czas przejazdu na czytanie książki. Niestety – jako kontrargument – zasypiam nad książką w środkach komunikacji miejskiej, sprawdziłem! Dla tych, którzy się stresują, bo nie lubią stać w korkach, zalecam przesiadkę na komunikację miejską, ale tam wcale nie jest lepiej, bo jak miasto stoi, to i autobusy stoją… Sprawdziłem ponadto jak denerwuje się dziecko, kiedy musi zaspane wysiadać z autobusu, a ja nie mogę niestety dziecka nosić na długim dystansie – nie chcę tego przeżywać kilka razy w miesiącu.

Podsumowując

- projekt nieinnowacyjny; przestrzelony w zakresie grupy odbiorców; niepotrzebna strata środków budżetowych; nie odniesie zamierzonego skutku.

Zachęcam Was do poczytania,
co o omawianej kampanii sądzą sami rodzice – forum pod artykułem: http://www.trojmiasto.pl/wiadomosci/Chca-zniechecic-do-podwozenia-dzieci-do-przedszkoli-n86554.html?strona=0#opinie

Autorskie propozycje alternatywnych projektów UM w Gdyni na przyszłość:

- projekt „Wyprowadź się z miasta – ostatnia szansa na spokojne życie!” – program wspierający mobilność przestrzenną skierowany do osób, którym przeszkadza bliskość przedszkoli i zakorkowane miasto;
- projekt „Urzędowy parking tylko dla petentów” – program dla osób pracujących w urzędach, które parkują w centrum miasta blokując miejsca parkingowe, z których chcieliby skorzystać petenci; odkorkowanie ulic przy urzędach, zrównoważony urząd;
- projekt „6 zamiast 8” – program specjalny dla przedstawicieli władzy ustawodawczej, zachęcający do przeprowadzenia reform w zakresie kodeksu pracy, skrócenie tygodniowego wymiaru czasu pracy z 40 h do 30 h, żeby obywatele mieli czas odprowadzić na piechotę własne dzieci i szybciej je odebrać z „przechowalni”.

Znajdź mnie na Facebook.com – domipraca.blog.pl:



https://www.facebook.com/pages/domipracablogpl/581369431961286

Dołącz do grupy społecznej na FB – jestem świadomym konsumentem: https://www.facebook.com/groups/1543302525887696/

Dress code, czyli o tym czy w biurze wypada bywać w dresie…

Marching, autor: sharonang; źródło: pixabay.com

Marching, autor: sharonang; źródło: pixabay.com

Dress code to zbiór zasad, dotyczących odpowiedniego dopasowania ubioru do okazji; jest jednym z papierków lakmusowych naszej towarzyskiej ogłady i dobrych manier. Znajomość dress code`u i jego stosowanie jest odzwierciedleniem akceptacji reguł grzecznościowych obowiązujących w danej grupie lub w konkretnym miejscu.

Dziś zajmę się omówieniem problematyki związanej z etykietą stroju w miejscu pracy. Jak zaznaczyłem w tytule wpisu nie wszędzie wypada bywać ubranym w dresy czy w strój bikini… no chyba, że jest się pracownikiem basenu, klubu fitness lub „męskiej” myjni samochodowej… w takich miejscach to i owszem, nawet jest to wskazane. Natomiast, jeśli wyjdziemy poza ramy branży odnowy biologicznej, ośrodków rekreacyjno-sportowych lub punktów usługowych docelowo przeznaczonych dla mężczyzn i ich samochodów (ewentualnie tylko mężczyzn), to wchodząc bardziej w przestrzeń biznesową, biurową, zmienią się również oczekiwania co do naszego stroju i wyglądu.

Warto o tym pamiętać – w biznesie obowiązują określone reguły i zasady ubioru służbowego, a tajniki tej sztuki warto poznać mając na celu dobrą prezencję w biurze lub w trakcie czekającej nas rozmowy kwalifikacyjnej. Nie zapominajcie, że dress code wpływa na to, jak będziemy postrzegani przez aktualnego lub potencjalnego pracodawcę, współpracowników z pracy oraz osoby z zewnątrz (np. klienci, kooperanci). Nieodpowiednio dobrany strój będzie odczytany jako brak profesjonalizmu, co niekorzystnie wpłynie na nasz wizerunek.

Czy stosowanie dress code’u jest obowiązkiem w miejscu pracy? Zgodnie z obowiązującym prawem (patrz: art. 104 Kodeksu pracy), pracodawca ma prawo wymagać od swoich pracowników noszenia odpowiedniego stroju. W firmie może obowiązywać odpowiedni wewnętrzny regulamin pracy, w którym zawarte będą wszystkie wytyczne dotyczące tego obowiązku. Każdy z pracowników powinien mieć możliwość zapoznania się z takim regulaminem. Ponadto, instrukcje dotyczące ubioru mogą również być zawarte w umowie o pracę. Pracodawca powinien jednak podczas ustalania tych zasad postępować z poszanowaniem godności i pozostałych dóbr osobistych pracownika. Zasady ustalone przez pracodawcę nie mogą przekraczać granicy dobrego smaku. Zdarza się, że pracodawca dbając o profesjonalny wygląd swoich pracowników finansuje zakup stroju służbowego lub zwraca część kosztów poniesionych przez personel na zakup odzieży/butów.

Na co zatem zwracać szczególną uwagę? Na początek kilka zasad generalnych, które metaforycznie odniósłbym do znanej myśli „jeśli nie wiesz jak się zachowywać, to zachowuj się przyzwoicie”. Tak samo należy postępować odnośnie własnego ubioru służbowego. Zwróćcie uwagę, że w każdej firmie może obowiązywać inny dress code, a istnieją również branże zwolnione z obowiązku jego przestrzegania (np. branża reklamowa). Natomiast w zawodach, w których podstawą jest bezpośredni kontakt z klientami, pracownik jest twarzą, wizytówką firmy i zobligowany jest do stosowania się wobec pewnych zasad. To jak konkretnie powinniśmy się ubierać, zależy zatem zarówno od miejsca pracy, firmy, jak i rodzaju wykonywanej pracy lub zajmowanego stanowiska. Istnieją również pewne zasady, co do których powinni bezwzględnie zastosować się wszyscy pracownicy, niezależnie od stopnia sformalizowania oraz zasad konkretnych firm. Oto te zasady:

harmonia – elementy stroju powinny ze sobą współgrać; spójny styl elementów ubrania;

- prostota i minimalizm – nie przesadzajmy z nadmiarem kolorów; maksymalnie jeden element może być wzorzysty; odpowiednio stonowana kolorystyka (preferowane są odcienie granatu, beżu lub szarości); nie należy przesadzać z biżuterią i dodatkami;

- dopasowanie stroju do figury – świadomość własnej sylwetki; ukrywanie mankamentów figury;

elegancja i schludność – strój musi być zawsze czysty i wyprasowany; najlepiej sprawdzają się ubrania wykonane z niegniotących się materiałów.

Pamiętajmy również, że panie i panowie powinni w nieco odmienny sposób spojrzeć na zagadnienie dress code`u.

business, autor: skowalewski, źródło: pixabay.com

business, autor: skowalewski, źródło: pixabay.com

Najpierw kilka wskazówek dla Pań. W ich przypadku istnieje większa swoboda, aniżeli u panów. Kobiety mogą bowiem w większym stopniu manipulować swoim strojem, stosując zamiennie spódnicę i spodnie, kostiumy i sukienki. W pracy obowiązuje dyskretny makijaż i starannie dobrana fryzura oraz zadbane paznokcie. Kobieta biznesu nie powinna wyglądać zbyt wyzywająco. Za niestosowne powszechnie są uważane: nadmierne uwydatnianie dekoltu, odkrywanie ramion, zbyt wycięta bluzka, nadmiernie obcisły strój. Nie należy mieć na sobie więcej niż dwa elementy biżuterii (np. bransoletka i kolczyki). Minimalna długość spódnicy to kilka centymetrów nad kolanem, a jednocześnie optymalnym rozwiązaniem jest, aby nie wychodziła więcej niż kilka centymetrów za kolano. Najlepszym sposobem na sprawdzenie odpowiedniej długości spódnicy jest opuszczenie ramion wzdłuż ciała stojąc w wyprostowanej pozycji – najdłuższy palec u ręki nie powinien wychodzić poza długość spódnicy. Obuwie, niezależnie od pory roku, powinno zasłaniać palce u stóp. Nie wypada przychodzić do pracy z gołymi nogami, ale niedopuszczalne są również jaskrawe i wzorzyste rajstopy. Nie należy przesadzać z biżuterią – niewskazane jest noszenie wielkich bransoletek, pierścionków, kolczyków lub przesadnie pstrokatej biżuterii.

businessman, autor: neshom; źródło: pixabay.com

businessman, autor: neshom; źródło: pixabay.com

Jeśli chodzi o panów, to najpopularniejszym służbowym strojem jest klasyczny garnitur. Wewnątrz firmy akceptowalne jest noszenie samej koszuli ze spodniami w kant, ale w czasie spotkania biznesowego należy ubrać marynarkę. Zalecane jest unikanie białych klasycznych koszul, które zarezerwowane są zasadniczo na okazje typu: ślub, komunia, chrzciny, rodzinny bankiet. Długość mankietu koszuli powinna być odpowiednio dobrana. W sytuacji, gdy występuje w niej mankiet pojedynczy, powinien wystawać na 1 cm. spod rękawa. Natomiast gdy mamy do czynienia z mankietem podwójnym – na 2 cm. Jeśli chodzi o obuwie, to buty powinny być kryte, niedopuszczalne jest noszenie sandałów lub klapek. Krawat dobieramy odpowiednio pod kolor koszuli i garnituru, powinien idealnie komponować się z całością lub bądź stanowić kontrast dla całego stroju. Co do długości krawata, to powinien kończyć się na wysokości paska. Nie należy nosić poluzowanego krawata. Należy zawsze zakładać pasek – spodnie od garnituru wyposażone są w szlufki, które bez paska wyglądają nieestetycznie. Rękawów koszuli nie należy podwijać, szczególnie podczas spotkań z osobami spoza firmy. Niezależnie od pogody niedopuszczalne jest noszenie rozpiętej koszuli. Skarpetki powinny mieć ciemniejszy kolor niż spodnie, najlepiej, aby były gładkie, gdyż skarpetki we wzory wyglądają nieprofesjonalnie. Ważna jest również długość skarpet – powinny zakrywać łydki osoby siedzącej.

Warto zwrócić uwagę, że w życiu zawodowym możecie być również zobligowani do występowania w stroju formalnym – tzw. business attire, lub w stroju mniej formalnym, czyli tzw. business smart. Na czym polega różnica?

Niekiedy w firmach i konkretnych sytuacjach wymagany jest strój o najwyższym stopniu sformalizowania (business attire).W przypadku pań w tej roli najlepiej sprawdzi się klasyczny kostium, czyli garsonka lub eleganckie spodnie wraz z dopasowanym żakietem, a pod nim koszula, gładki, jasny top lub bluzka. Kostium powinien posiadać gładką fakturę bądź dyskretny, delikatny wzór. W sytuacjach sformalizowanych optymalnie warto założyć buty na średnim obcasie, tj. 4-8 cm wysokości. Biżuteria powinna mieć klasyczny i dyskretny charakter, nie należy przesadzać z dodatkami. Makijaż również powinien być delikatny. Paniom z długimi włosami zaleca się ich upięcie, gdyż rozpuszczone mogą wyglądać niestosownie. Należy zadbać o wygląd paznokci i ewentualnie pomalować je jasnym lakierem.

W przypadku panów podstawowym elementem biznesowej garderoby będzie garnitur, najlepiej w odcieniu szarości lub granatu. Pod garniturem należy ubrać jasną koszulę ze sztywnym kołnierzykiem, który nie jest zapinany na guziki. W stroju tym nie może zabraknąć krawata, najlepiej gładki lub w drobne wzory. Dozwolone dodatki to spinki do mankietów lub krawata, zegarek, obrączka lub sygnet. Nie należy przesadzać z ilością ozdobników – obowiązuje zasada maksymalnie dwóch dodatków.

Jeśli chodzi o strój mniej formalny, to należy podkreślić, że jest to najczęściej stosowany dress code w biznesie. Nie zapominajmy jednak, że styl ten również nie do końca jest stylem swobodnym.

W przypadku Pań codziennym strojem powinna być spódnica lub spodnie oraz bluzka i żakiet, który może być zastąpiony rozpinanym sweterkiem. Inną propozycją jest sukienka w połączeniu z koszulą lub żakietem. Elementy kostiumu powinny występować w dyskretnych barwach, jednak w przypadku dodatków oraz bluzek możemy już pozwolić sobie na bardziej zdecydowane kolory. Buty, najlepiej na średnim obcasie, powinny zakrywać całą stopę. Należy zastosować umiar w zakresie użytych dodatków i makijażu.

lipstick, autor: stux; źródło: pixabay.com

lipstick, autor: stux; źródło: pixabay.com

Panowie mają mniejsze możliwości aniżeli panie i za standardowy strój  uważany jest garnitur (spodnie i marynarka uszyte z tego samego materiału). W wypadku smart występuje większa swoboda w wyborze koszul niż w przypadku stroju formalnego. Różnica dotyczy zarówno kolorów, jak i deseniu oraz faktury. Dopuszczalne są koszule gładkie, w prążki, paski czy drobną kratkę. Krawat powinien zostać dyskretny, niezbyt krzykliwy. Najlepiej używać sznurowanych półbutów. Warto pamiętać, aby wszystkie elementy pasowały do siebie kolorystycznie.

tie, autor: qiye; źródło: pixabay.com

tie, autor: qiye; źródło: pixabay.com

Warto jeszcze wspomnieć o stylu business casual, czyli najbardziej swobodnej wersji ubioru do pracy. W wielu firmach, w których kładzie się nacisk na odpowiedni strój służbowy, wprowadza się zwyczaj określany mianem casual friday, co oznacza, że w jeden dzień  tygodnia „przymyka się oko” na restrykcyjne zasady firmowego dress code’u. W taki dzień „kontrolowanego luzu” obowiązuje strój bardziej swobodny, wygodny. W casual friday możemy kostium lub garnitur zastąpić dżinsami i wygodną koszulą, pod warunkiem oczywiście, że tego samego dnia nie mamy zaplanowanego spotkania z klientami. Najczęściej takim swobodnym dniem jest piątek.

shirt, autor: jarmoluk; źródło: pixabay.com

shirt, autor: jarmoluk; źródło: pixabay.com

Pamiętajmy jednak, że styl swobodny nie jest zarezerwowany wyłącznie na te okazje. Może się również sprawdzić podczas mniej formalnych spotkań np. podczas firmowych wyjazdów lub nieoficjalnych szkoleń. Pomimo, że casual to strój bardziej swobodny, tu również należy kierować się w tym wypadku pewnymi zasadami.

 Jeśli chodzi o panie, to styl swobodny nie wymaga noszenia kostiumu, a żakiet lub marynarkę można zastąpić sportową marynarką lub swetrem. Istnieje także możliwość noszenia samej bluzki bądź golfu bez dodatkowego okrywania się żakietem czy marynarką. W przypadku koszul i spódnic dozwolone są bardziej wzorzyste i kolorowe wersje. Do elementów garderoby w stylu business casual zaliczają się także dżinsy, a obuwie na obcasie może zostać zastąpione przez wygodne baletki.

Panów, w stylu business casual nie obowiązuje noszenie garnituru, można również zrezygnować z krawata. Najlepiej sprawdzają się w tym stylu spodnie z prostymi nogawkami, ale jeśli wybierzemy dżinsy, to powinny dominować ciemne odcienie. Z górnych części garderoby można zdecydować się na rozpinaną koszulę i marynarkę, która nie musi być w tej samej tonacji kolorystycznej, co spodnie. Dopuszczalne są kardigany, czyli rozpinane swetry bez kołnierzyka z rozcięciem pod szyją lub koszulka polo. Większa swoboda dopuszczalna jest również w zakresie wyboru obuwia: dobrze widziane są sznurowane półbuty, ale także skórzane mokasyny lub sportowe buty z białą podeszwą.

shoes, autor: Hans; źródło: pixabay.com

shoes, autor: Hans; źródło: pixabay.com

Podsumowując ten nieco dłuuuuugi wpis…  mam nadzieję, że przyda Wam się tych kilka wskazówek zebranych w jednym miejscu. Jeśli macie wątpliwości, jaki dokładnie dress code obowiązuje w Waszym miejscu pracy, zajrzyjcie do firmowego regulaminu pracy lub zapytajcie współpracowników i przełożonych. Warto rozwiać swoje wątpliwości zanim przytrafi nam się jakaś niestosowna wpadka. Zasięgnijcie wiedzy, aby nie stać się solą w czyimś oku oraz nie być posądzonym o brak profesjonalizmu.