Próba zniechęcenia rodziców do odwożenia dzieci do przedszkoli…

Pedestrian, autor: Markus Baumeler; źródło: pixabay.com

Pedestrian, autor: Markus Baumeler; źródło: pixabay.com

   W trójmiejskich mediach głośno w tym tygodniu o urzędowym, gdyńskim pomyśle na zniechęcanie rodziców do odwożenia dzieci do przedszkoli… Pomysł trzeba przyznać jest niezwykle – jak na pomysły urzędowe – innowacyjny, w czym utwierdziła mnie dzisiejsza informacja zasłyszana w lokalnym radio – idea została przekopiowana z innego urzędu miejskiego zlokalizowanego na terenie bardziej rozwiniętego kraju Europy Zachodniej.

   W zamyśle, miasto Gdynia ma w planach przekonać rodziców 3 tys. przedszkolaków, aby pozostawili swoje auta w podziemnych halach i garażach, a następnie odprowadzili swoje pociechy do przedszkoli na piechotę, spacerkiem, aby również zadbać o zdrowie i kondycję naszych pociech. W planach kampanii niestety nie wspomina się, co dalej z rodzicem, który odprowadził dziecko do przedszkola… Nie ma też w informacjach prasowych refleksji nad procedurą odbioru dziecka z przedszkola i procesem przetransportowania go do domu w godzinach wieczornych. Urząd na ten temat milczy, kampania też. Rodzic musi jak zwykle wymyślić w odpowiedzi własną kampanię i wdrożyć ją w życie.

   Argumenty urzędowe „za” nieodwożeniem dzieci do przedszkola? Jest ich według urzędników kilka:

- podróżowanie do przedszkoli w sposób ekologiczny (emisja dwutlenku węgla?);
- zmniejszenie ruchu samochodowego przy gdyńskich przedszkolach (komu przeszkadza, to można również zrezygnować z posiadania własnego auta i poruszać się piechotą albo się zdecydować na przeprowadzkę z dala od przedszkoli, które stoją w tym samym miejscu od lat);
- promowanie zrównoważonych sposobów przemieszczania się po mieście (szlaki komunikacyjne w mieście zbudowano w sposób zrównoważony?).
- więcej „za” nie było…

Media podkreślają, że zdania rodziców na temat planowanej kampanii są podzielone. Poważnie?! Podejrzewam, że ci rodzice, którzy nie mają samochodów lub mają blisko do placówek są (lub z braku wyboru muszą być) „za”, a ci, dla których poranne pokonywanie długich tras jest bardzo kłopotliwe i czasochłonne są (z wyboru) „przeciw”, hm?

W mojej ocenie słusznie zauważa jedna z mam przedszkolaka: „Jestem w pracy do godziny 17, nie byłabym w stanie się wyrobić, gdyby mój syn chodził pieszo do przedszkola. Placówkę zamykają o 17:30. Obecnie wydźwięk kampanii jest taki, że nie dbam o zdrowie dziecka, bo wożę je samochodem.” (…)

Czy akcja urzędu miasta za 61 tys. zł może w tym zakresie cokolwiek zmienić? Wątpię!  Czy promowanie zrównoważonego, ekologicznego przemieszczania się i próba odkorkowania miasta może zwyciężyć z ludzką wygodą, komfortem, ekonomią i kwestią zarządzania czasem. Otóż stawiam tezę, że nie może. Taka kampania pewnie i może odnieść jakiś, zakładany w planach, pozytywnych skutek… ale należy zadać sobie zasadnicze pytanie – kto powinien być rzeczywistym odbiorcą tej kampanii? Czy każdy rodzić przedszkolaka w Gdyni powinien potencjalnie być brany pod uwagę jako grupa docelowa projektu? Moim zdaniem NIE! Nie ma to największego sensu. Jeśli ktoś chce mnie przekonać, niech spróbuje swoich sił i perswaduje.

Oto mój osobisty przypadek:

CZAS:

wyjeżdżam rano o 6:50 z domu. Pokonuję dziennie autem ok. 52 km trasy, 4 km do samego przedszkola. Po drodze do pracy odwożę dziecko do przedszkola (rozpoczyna „robotę” o godzinie 7), następnie żonę do jej miejsca pracy, aby finalnie dotrzeć do swojej pracy. Po południu odwracamy mechanizm i wracając odbieram żonę i razem jedziemy po nasze dziecko. W przedszkolu jesteśmy 16:45. Dziecko spędza w przedszkolu prawie 10 godzin! W domu jesteśmy ok. 17… chyba, że trzeba coś załatwić po drodze (np. zakupy, poczta, wizyta lekarska, itp., itd.). Zdarza się, że zmęczone, wyczerpane dziecko zasypia po dwóch minutach spędzonych w samochodzie i do domu wnosimy jest śpiące… Ktoś to próbował robić takie manewry z wykorzystaniem autobusu, kolejki, której przystanki są oddalone o kilometr od domu? Przejazdy dziennie autem zajmują mojej rodzinie: 1 h rano, 1 h 15 min wieczorem. Jeśli chodzi o przejazdy środkami komunikacji miejskiej, to czas samego przejazdu jest krótszy, ale czasy dodatkowych spacerów z przystanku na przystanek, oczekiwania na przesiadki (mam dwie przesiadki, ale z jednej rezygnuje na rzecz spaceru), zdecydowanie niekorzystnie wpływają na łączny czas podróży. Auto w tym wypadku wygrywa, no chyba, że przyjdzie zima i na drogach stoi pół miasta…

PIENIĄDZE:

alternatywny wobec samochodu, łączny koszt przejazdów komunikacją miejską wynosi dziennie 39,2 zł w przeliczeniu na rodzinę. Licząc miesięcznie 20 dni roboczych daje to wydatek rzędu 784 zł. Zaznaczę, że dziecko póki co nie płaci za przejazdy, a ja, żeby nie podwyższać kosztów (albo dla zdrowotności jak niektórzy wierzą) część trasy od kolejki do miejsca pracy pokonuję piechotą (20 min. w jedną stronę). Oczywiście wpadłem już na to, że gdyby wykupić bilety okresowe obniżenie kosztów byłoby zauważalne. Już sprawdzam! Mam możliwość zakupu biletu metropolitalnego na komunikację komunalną w dwóch miastach oraz kolejową pomiędzy miastami. Koszt za 30-dniowy bilet normalny to 220 zł, czyli za dwie osoby 440 zł. Dodatkowo jedna osoba uzyskałaby zniżkę od pracodawcy (musiałbym się jednak upewnić), ale dzięki temu koszty mogłyby spaść z pewnością poniżej 400 zł na rodzinę. Różnica jest widoczna, czyli warto jeździć komunikacją miejską korzystając z biletów okresowych. Teraz sprawdzam, ile kosztuje mnie użytkowanie auta – przejeżdżam dziennie ok. 52 km, czyli w dwa dni robocze pokonuję łatwo przeliczalną trasę ok. 100 km, czyli w moim przypadku ok. 10 litrów paliwa „95″ po cenie (uśrednionej w kraju) 4,55 zł/l. Daje mi to koszt rzędu 45,5 zł za dwa dni użytkowania auta, czyli w miesiącu mam dziesięć takich przejazdów dwudniowych, a zatem łącznie daje to 455 zł na rodzinę. Kwota ta oczywiście jest w chwili obecnej niższa z uwagi na niższe ceny paliwa – już w grudniu płaciło się za litr paliwa 4,48 zł, a na początku stycznia cena oscyluje wokół 4,28 zł/l (przy tej cenie byłoby to 428 zł na rodzinę w miesiącu). Wyliczenia wskazują, że czy to na przejazdach z biletem okresowym czy własnym autem wydatki z rodzinnego budżetu są podobne w skali miesiąca. A z trzeciej strony nie chce mi się wierzyć, że schodzi mi 10 litrów na każde przejechane 100 km.

KOMFORT:

nikt mnie nie przekona, że jazda komunikacją miejską jest bardziej komfortowa od podróżowania własnym autem, a zwłaszcza całą rodziną w okresie jesień-zima (oszczędzam też na wizytach lekarskich i zakupach leków – dziecko nie choruje, rzadko się przeziębia). Argumentem nie jest też fakt, że w aucie trzeba być non stop skoncentrowanym i człowiek się niepotrzebnie stresuje w korkach, natomiast w kolejce podmiejskiej można poświęcić czas przejazdu na czytanie książki. Niestety – jako kontrargument – zasypiam nad książką w środkach komunikacji miejskiej, sprawdziłem! Dla tych, którzy się stresują, bo nie lubią stać w korkach, zalecam przesiadkę na komunikację miejską, ale tam wcale nie jest lepiej, bo jak miasto stoi, to i autobusy stoją… Sprawdziłem ponadto jak denerwuje się dziecko, kiedy musi zaspane wysiadać z autobusu, a ja nie mogę niestety dziecka nosić na długim dystansie – nie chcę tego przeżywać kilka razy w miesiącu.

Podsumowując

- projekt nieinnowacyjny; przestrzelony w zakresie grupy odbiorców; niepotrzebna strata środków budżetowych; nie odniesie zamierzonego skutku.

Zachęcam Was do poczytania,
co o omawianej kampanii sądzą sami rodzice – forum pod artykułem: http://www.trojmiasto.pl/wiadomosci/Chca-zniechecic-do-podwozenia-dzieci-do-przedszkoli-n86554.html?strona=0#opinie

Autorskie propozycje alternatywnych projektów UM w Gdyni na przyszłość:

- projekt „Wyprowadź się z miasta – ostatnia szansa na spokojne życie!” – program wspierający mobilność przestrzenną skierowany do osób, którym przeszkadza bliskość przedszkoli i zakorkowane miasto;
- projekt „Urzędowy parking tylko dla petentów” – program dla osób pracujących w urzędach, które parkują w centrum miasta blokując miejsca parkingowe, z których chcieliby skorzystać petenci; odkorkowanie ulic przy urzędach, zrównoważony urząd;
- projekt „6 zamiast 8” – program specjalny dla przedstawicieli władzy ustawodawczej, zachęcający do przeprowadzenia reform w zakresie kodeksu pracy, skrócenie tygodniowego wymiaru czasu pracy z 40 h do 30 h, żeby obywatele mieli czas odprowadzić na piechotę własne dzieci i szybciej je odebrać z „przechowalni”.

Znajdź mnie na Facebook.com – domipraca.blog.pl:



https://www.facebook.com/pages/domipracablogpl/581369431961286

Dołącz do grupy społecznej na FB – jestem świadomym konsumentem: https://www.facebook.com/groups/1543302525887696/

Za oknem zaawansowana jesień. Czy już pora na „zimówki”?

 

Zimówka (fot: r.wieckiewicz)

Zimówka (fot: r.wieckiewicz)

Z reguły w miesiącach takich jak październik i listopad zaczynają rosnąc kolejki przed warsztatami wulkanizacyjnymi. Powód? Oczywiście, zaczyna się sezon wymiany opon z letnich na zimowe. Wymieniliście już opony w swoich autach? Ja jeszcze nie wymieniłem, ale oponki już przygotowane do sezonu zimowego, a ja czujnie obserwuję aurę za oknem. Jak tylko temperatura zacznie regularnie spadać, a pogoda będzie zachęcać raczej do lepienia bałwanka lub budowy igloo aniżeli długich jesiennych spacerów w słońcu, to również ustawię się do wspomnianej kolejki w zaprzyjaźnionym warsztacie.

Nie wiem czy wiecie, ale nasz kraj jest jednym z ostatnich krajów w Europie, w którym prawo nie reguluje kwestii  wymiany opon z letnich na zimowe. Póki co zatem nie ma w Polsce żadnego przepisu prawnego, który obligowałby obywateli do sezonowej wymiany opon. Nie mniej jednak toczą się, notabene od kilku już lat, prace sejmowe nad projektem rozporządzenia wprowadzającego wspomniany obowiązek. Zgodnie z tym projektem kierowcy w okresie od 1 listopada do 31 marca mieliby obowiązek jeździć autem wyposażonym w opony zimowe, a każdy uczestnik ruchu, który zaniedbałby ten obowiązek byłby zagrożony otrzymaniem mandatu. Czy takie rozwiązanie ma podstawy w polskiej logice pogodowej to już inna kwestia. Być może „kiedyś” rozporządzenie wejdzie w życie i trzeba będzie stosować się do tego nakazu.  A co na to polska pogoda (złota polska jesień), która coraz częściej sprawia nam sezonowe psikusy utrzymującą się wysoką temperaturą? Czy jest sens wprowadzać sztywne daty w kalendarzu kierowców?

Nie zapominajmy jednak, że pomimo braku regulacji prawnych istnieje jeszcze coś takiego jak zdrowy rozsądek oraz  dbałość o bezpieczeństwo własne i innych osób. Każdy świadomy kierowca powinien wręcz przedkładać własne (rodzinne) bezpieczeństwo ponad kwestie (istniejących czy nieistniejących w tym wypadku) regulacji prawnych. Pamiętajcie, że letnie opony w Waszych autach ze względu na swoją konstrukcję jak i rodzaj materiału, z którego są wykonane, nie sprzyjają bezpiecznym podróżom w ujemnych temperaturach. Opona zimowa jest wykonana ze specjalnej mieszanki gumy, która ma inne właściwości niż opona letnia – „zimówki” zwyczajnie w świecie nie sztywnieją w mroźnych warunkach pogodowych i zapewniają większą przyczepność jezdną, a tym samym są m.in. odpowiedzialne za bardziej optymalną drogę hamowania. „Zimówki”  mają również inaczej skonstruowany bieżnik, którego budowa umożliwia bardziej bezpieczną jazdę po śniegu, dzięki czemu ograniczane jest ryzyko wpadnięcia w poślizg.

To na co warto jeszcze dodatkowo zwrócić uwagę, to techniczny stan opon i ich faktyczne zużycie. Nie ma ustawowego obowiązku wymiany opon, ale zły stan techniczny ogumienia pojazdu, to już wystarczający powód, aby „Pan Władza” wystawił Wam mandat. Pamiętajcie, aby regularnie sprawdzać stan techniczny opon i dostosować je do potrzeb konkretnego pojazdu – niedopuszczalna jest jazda na zbyt szerokich oponach, jazda na oponach o różnych parametrach na jednej osi pojazdu oraz jazda na oponach, w których bieżnik jest płytszy niż 1,6 mm. Jeżeli nie zastosujemy się do takich wytycznych, to jesteśmy zagrożeni otrzymaniem mandatu, a dodatkowo „Pan Władza” może nie dopuścić auta do dalszej jazdy i zatrzymać dokumenty pojazdu. 

 Zatem obserwujcie stan techniczny swoich opon i kontrolujcie pogodę, aby nie zaspać i wymienić opony na zimowe w odpowiednim momencie. Koszt wymiany opon w mojej najbliższej okolicy (Trójmiasto) według mojej najlepszej wiedzy kształtuje się od 39 zł (pewien warsztat w Gdyni) aż do 80 zł (w Gdańsku), ale ta ostatnia oferta to już cena, która zawiera dodatkowo dokładne kąpanie auta, więc usługa 2 w 1.

A jak u Was? „Zimówki” już zastąpiły letnie opony? Ile kosztowała Was usługa wymiany opon?

Oszczędzamy czy nie?

money

Money, autor: e-gabi; źródło: pixabay.com

Oszczędzamy czy nie?

 Żyjemy w czasach, kiedy ocenia się wszystkich i wszystko. Wszystko się kategoryzuje i poddaje statystycznej obróbce. Możemy tego nie lubić i starać się w życiu nie szufladkować ludzi, ale czasami jednak ulegamy takim zjawiskom. Dzisiaj osobiście pozwoliłem sobie poszufladkować ludzi na tych, którzy oszczędzają i nie oszczędzają. Według mnie w każdej z tych kategorii można z kolei wyróżnić kilka podkategorii osób.

Pierwsza kategoria osób, to oszczędzający. W tym wypadku myślę o osobach, którym po wydatkach i zaspokojeniu podstawowych egzystencjalnych potrzeb pozostaje finansowa nadwyżka, którą chcą „jakoś” zainwestować/ulokować. W tej kategorii identyfikuję dwie zasadnicze podkategorie osób.

 Po pierwsze, są to osoby, które oszczędzają/inwestują nadwyżki finansowe i osiągają swoje cele. Druga podkategoria, to osoby, które odkładają środki, ale mimo starań nie potrafią skutecznie ich pomnażać i realizować swoich celów. Ujmując to w kategoriach zero-jedynkowych: oszczędzasz i masz zadowalające rezultaty; oszczędzasz i nie masz zadowalających rezultatów. Nadrzędnym kryterium rozróżniającym te dwie podkategorie jest fakt, że oszczędzać się udaje lub nie udaje.

 W tej kategorii osób nie będę wspominał o osobach, które inwestują, ale tracą na swoich inwestycjach, bo w przypadku tych osób trudno mówić o skutecznym oszczędzaniu/inwestowaniu. Nie będę również oceniał czy ktoś oszczędza prawidłowo i czy mógłby zrobić to lepiej innym sposobem. Skupiam się tylko na subiektywnie odbieranym efekcie naszych decyzji, który mnie/innych zadowala lub nie.

Przykład: jeśli jedyną znaną mi drogą pomnażania pieniędzy jest założenie lokaty terminowej w banku, a przyszły rezultat mnie satysfakcjonuje, to kiedy dotrwam skutecznie do wyznaczonego dnia kapitalizacji odsetek, oznacza to, że skutecznie osiągnąłem rezultat. Abstrahuję od faktu, że istnieją sposoby, które w tym samym czasie pozwoliłyby mi zarobić więcej. Tak samo abstrahuję od faktu, że te inne sposoby w tym samym czasie mogły potencjalnie uszczuplić mój budżet.

 Drugą kategorią stanowią osoby nieoszczędzające. I tutaj podobnie można wyróżnić dwie podkategorie osób.

 Po pierwsze, są to osoby, które nie oszczędzają, bo deklarują wprost, że nie mają z czego oszczędzać. Najczęściej są to osoby o niskich dochodach bądź o dochodach osiąganych nieregularnie. W ich sytuacji zwyczajnie w świecie nie można mówić nawet o próbie oszczędzania. Osoby te bowiem nie posiadają wolnych środków finansowych z przeznaczeniem na ten cel. Osiągane dochody pozwalają tylko na bieżące zaspokajanie potrzeb (np. zakup żywności, środków czystości, odzieży)  i opłacanie najbardziej pilnych wydatków (np. czynsz za mieszkanie, rachunek za prąd/gaz, faktura za internet). Po zaspokojeniu tych wszystkich potrzeb nie mają wolnych środków z przeznaczeniem na oszczędności krótko lub długoterminowe.

 Drugą podkategorię osób nieoszczędzających stanowią osoby, które zaspokajają wszystkie wymienione powyżej potrzeby pierwszego rzędu, a ponadto pozostaje im na koncie pewna pula środków wolnych, które można przeznaczyć na tzw. oszczędności. Sęk w tym, że te osoby nie za bardzo wiedzą lub w ogóle nie mają pomysłu, co zrobić z tą wolną pulą pieniędzy, aby w krótkim/długim terminie pomnożyć swoje zasoby finansowe. Mówiąc najkrócej,  osoby te nie wiedzą jak zainwestować pieniądze.

 Podsumowując tę kategorię: nie oszczędzamy, bo nie mamy z czego oszczędzać lub po prostu nie wiemy jak to skutecznie robić, więc nie podejmujemy wówczas żadnych decyzji o inwestowaniu pieniędzy i te lądują w przysłowiowej “skarpecie”. Niektórzy mogą powiedzieć, że odkładanie pieniędzy do skarpety, to w jakimś sensie również oszczędzanie, ale w dosłownym sensie z pomnażaniem ma to niewiele wspólnego. Myśląc o oszczędzaniu nie mam na myśli zachowywania statusu quo na swoim koncie bankowym czy “funduszu skarpetkowym”.

A jak jest u Was? Udaje się Wam skutecznie oszczędzać/inwestować? Podzielcie się swoimi osobistymi doświadczeniami.