Dokąd zmierzasz Polsko?

Państwo chowa się po rządowych gabinetach, gasi światło w pokojach i udaje, że nikogo nie ma w domu. W mediach dominują filmy o petardach i gwizdkach, o strzelającym do tłumu „gestapo”; seriale z udziałem związkowców, programy o przewodniczących celebrytach, teleturnieje „kto da nam więcej?”. Pani premier nawet ucharakteryzowana nie przypomina Margaret Thatcher… Rząd i podległe służby nie radzą sobie z grupami zawodowymi, którym w przeszłości zagwarantowano szereg przywilej…ów niczym szlachcie wieki wcześniej. Trudno też się dziwić – nie każdy lubi dialog społeczny, po którym musi być hospitalizowany z powodu trafienia cegłą w głowę. Rodzą się oddolne konflikty społeczne… cegłą może dostać każdy… Czy Państwo czeka na to, że to obywatele rozjadą na drogach wszystkich związkowców, rolników, górników? Czy Państwo czeka na to, że obywatele zaczną sami podpalać miasteczka strajkowe nauczycieli, lekarzy i pielęgniarek pod sejmem?



A cała reszta obywateli chce spokojnie żyć i pracować, dowieźć towary na czas, otrzymać nieuprzywilejowane wynagrodzenie za dobrze wykonaną pracę, w sposób niezakłócony dotrzeć z punktu A do punktu B.

Kto tu bardziej przegina strunę? Dokąd zmierzasz Polsko?

Próba zniechęcenia rodziców do odwożenia dzieci do przedszkoli…

Pedestrian, autor: Markus Baumeler; źródło: pixabay.com

Pedestrian, autor: Markus Baumeler; źródło: pixabay.com

   W trójmiejskich mediach głośno w tym tygodniu o urzędowym, gdyńskim pomyśle na zniechęcanie rodziców do odwożenia dzieci do przedszkoli… Pomysł trzeba przyznać jest niezwykle – jak na pomysły urzędowe – innowacyjny, w czym utwierdziła mnie dzisiejsza informacja zasłyszana w lokalnym radio – idea została przekopiowana z innego urzędu miejskiego zlokalizowanego na terenie bardziej rozwiniętego kraju Europy Zachodniej.

   W zamyśle, miasto Gdynia ma w planach przekonać rodziców 3 tys. przedszkolaków, aby pozostawili swoje auta w podziemnych halach i garażach, a następnie odprowadzili swoje pociechy do przedszkoli na piechotę, spacerkiem, aby również zadbać o zdrowie i kondycję naszych pociech. W planach kampanii niestety nie wspomina się, co dalej z rodzicem, który odprowadził dziecko do przedszkola… Nie ma też w informacjach prasowych refleksji nad procedurą odbioru dziecka z przedszkola i procesem przetransportowania go do domu w godzinach wieczornych. Urząd na ten temat milczy, kampania też. Rodzic musi jak zwykle wymyślić w odpowiedzi własną kampanię i wdrożyć ją w życie.

   Argumenty urzędowe „za” nieodwożeniem dzieci do przedszkola? Jest ich według urzędników kilka:

- podróżowanie do przedszkoli w sposób ekologiczny (emisja dwutlenku węgla?);
- zmniejszenie ruchu samochodowego przy gdyńskich przedszkolach (komu przeszkadza, to można również zrezygnować z posiadania własnego auta i poruszać się piechotą albo się zdecydować na przeprowadzkę z dala od przedszkoli, które stoją w tym samym miejscu od lat);
- promowanie zrównoważonych sposobów przemieszczania się po mieście (szlaki komunikacyjne w mieście zbudowano w sposób zrównoważony?).
- więcej „za” nie było…

Media podkreślają, że zdania rodziców na temat planowanej kampanii są podzielone. Poważnie?! Podejrzewam, że ci rodzice, którzy nie mają samochodów lub mają blisko do placówek są (lub z braku wyboru muszą być) „za”, a ci, dla których poranne pokonywanie długich tras jest bardzo kłopotliwe i czasochłonne są (z wyboru) „przeciw”, hm?

W mojej ocenie słusznie zauważa jedna z mam przedszkolaka: „Jestem w pracy do godziny 17, nie byłabym w stanie się wyrobić, gdyby mój syn chodził pieszo do przedszkola. Placówkę zamykają o 17:30. Obecnie wydźwięk kampanii jest taki, że nie dbam o zdrowie dziecka, bo wożę je samochodem.” (…)

Czy akcja urzędu miasta za 61 tys. zł może w tym zakresie cokolwiek zmienić? Wątpię!  Czy promowanie zrównoważonego, ekologicznego przemieszczania się i próba odkorkowania miasta może zwyciężyć z ludzką wygodą, komfortem, ekonomią i kwestią zarządzania czasem. Otóż stawiam tezę, że nie może. Taka kampania pewnie i może odnieść jakiś, zakładany w planach, pozytywnych skutek… ale należy zadać sobie zasadnicze pytanie – kto powinien być rzeczywistym odbiorcą tej kampanii? Czy każdy rodzić przedszkolaka w Gdyni powinien potencjalnie być brany pod uwagę jako grupa docelowa projektu? Moim zdaniem NIE! Nie ma to największego sensu. Jeśli ktoś chce mnie przekonać, niech spróbuje swoich sił i perswaduje.

Oto mój osobisty przypadek:

CZAS:

wyjeżdżam rano o 6:50 z domu. Pokonuję dziennie autem ok. 52 km trasy, 4 km do samego przedszkola. Po drodze do pracy odwożę dziecko do przedszkola (rozpoczyna „robotę” o godzinie 7), następnie żonę do jej miejsca pracy, aby finalnie dotrzeć do swojej pracy. Po południu odwracamy mechanizm i wracając odbieram żonę i razem jedziemy po nasze dziecko. W przedszkolu jesteśmy 16:45. Dziecko spędza w przedszkolu prawie 10 godzin! W domu jesteśmy ok. 17… chyba, że trzeba coś załatwić po drodze (np. zakupy, poczta, wizyta lekarska, itp., itd.). Zdarza się, że zmęczone, wyczerpane dziecko zasypia po dwóch minutach spędzonych w samochodzie i do domu wnosimy jest śpiące… Ktoś to próbował robić takie manewry z wykorzystaniem autobusu, kolejki, której przystanki są oddalone o kilometr od domu? Przejazdy dziennie autem zajmują mojej rodzinie: 1 h rano, 1 h 15 min wieczorem. Jeśli chodzi o przejazdy środkami komunikacji miejskiej, to czas samego przejazdu jest krótszy, ale czasy dodatkowych spacerów z przystanku na przystanek, oczekiwania na przesiadki (mam dwie przesiadki, ale z jednej rezygnuje na rzecz spaceru), zdecydowanie niekorzystnie wpływają na łączny czas podróży. Auto w tym wypadku wygrywa, no chyba, że przyjdzie zima i na drogach stoi pół miasta…

PIENIĄDZE:

alternatywny wobec samochodu, łączny koszt przejazdów komunikacją miejską wynosi dziennie 39,2 zł w przeliczeniu na rodzinę. Licząc miesięcznie 20 dni roboczych daje to wydatek rzędu 784 zł. Zaznaczę, że dziecko póki co nie płaci za przejazdy, a ja, żeby nie podwyższać kosztów (albo dla zdrowotności jak niektórzy wierzą) część trasy od kolejki do miejsca pracy pokonuję piechotą (20 min. w jedną stronę). Oczywiście wpadłem już na to, że gdyby wykupić bilety okresowe obniżenie kosztów byłoby zauważalne. Już sprawdzam! Mam możliwość zakupu biletu metropolitalnego na komunikację komunalną w dwóch miastach oraz kolejową pomiędzy miastami. Koszt za 30-dniowy bilet normalny to 220 zł, czyli za dwie osoby 440 zł. Dodatkowo jedna osoba uzyskałaby zniżkę od pracodawcy (musiałbym się jednak upewnić), ale dzięki temu koszty mogłyby spaść z pewnością poniżej 400 zł na rodzinę. Różnica jest widoczna, czyli warto jeździć komunikacją miejską korzystając z biletów okresowych. Teraz sprawdzam, ile kosztuje mnie użytkowanie auta – przejeżdżam dziennie ok. 52 km, czyli w dwa dni robocze pokonuję łatwo przeliczalną trasę ok. 100 km, czyli w moim przypadku ok. 10 litrów paliwa „95″ po cenie (uśrednionej w kraju) 4,55 zł/l. Daje mi to koszt rzędu 45,5 zł za dwa dni użytkowania auta, czyli w miesiącu mam dziesięć takich przejazdów dwudniowych, a zatem łącznie daje to 455 zł na rodzinę. Kwota ta oczywiście jest w chwili obecnej niższa z uwagi na niższe ceny paliwa – już w grudniu płaciło się za litr paliwa 4,48 zł, a na początku stycznia cena oscyluje wokół 4,28 zł/l (przy tej cenie byłoby to 428 zł na rodzinę w miesiącu). Wyliczenia wskazują, że czy to na przejazdach z biletem okresowym czy własnym autem wydatki z rodzinnego budżetu są podobne w skali miesiąca. A z trzeciej strony nie chce mi się wierzyć, że schodzi mi 10 litrów na każde przejechane 100 km.

KOMFORT:

nikt mnie nie przekona, że jazda komunikacją miejską jest bardziej komfortowa od podróżowania własnym autem, a zwłaszcza całą rodziną w okresie jesień-zima (oszczędzam też na wizytach lekarskich i zakupach leków – dziecko nie choruje, rzadko się przeziębia). Argumentem nie jest też fakt, że w aucie trzeba być non stop skoncentrowanym i człowiek się niepotrzebnie stresuje w korkach, natomiast w kolejce podmiejskiej można poświęcić czas przejazdu na czytanie książki. Niestety – jako kontrargument – zasypiam nad książką w środkach komunikacji miejskiej, sprawdziłem! Dla tych, którzy się stresują, bo nie lubią stać w korkach, zalecam przesiadkę na komunikację miejską, ale tam wcale nie jest lepiej, bo jak miasto stoi, to i autobusy stoją… Sprawdziłem ponadto jak denerwuje się dziecko, kiedy musi zaspane wysiadać z autobusu, a ja nie mogę niestety dziecka nosić na długim dystansie – nie chcę tego przeżywać kilka razy w miesiącu.

Podsumowując

- projekt nieinnowacyjny; przestrzelony w zakresie grupy odbiorców; niepotrzebna strata środków budżetowych; nie odniesie zamierzonego skutku.

Zachęcam Was do poczytania,
co o omawianej kampanii sądzą sami rodzice – forum pod artykułem: http://www.trojmiasto.pl/wiadomosci/Chca-zniechecic-do-podwozenia-dzieci-do-przedszkoli-n86554.html?strona=0#opinie

Autorskie propozycje alternatywnych projektów UM w Gdyni na przyszłość:

- projekt „Wyprowadź się z miasta – ostatnia szansa na spokojne życie!” – program wspierający mobilność przestrzenną skierowany do osób, którym przeszkadza bliskość przedszkoli i zakorkowane miasto;
- projekt „Urzędowy parking tylko dla petentów” – program dla osób pracujących w urzędach, które parkują w centrum miasta blokując miejsca parkingowe, z których chcieliby skorzystać petenci; odkorkowanie ulic przy urzędach, zrównoważony urząd;
- projekt „6 zamiast 8” – program specjalny dla przedstawicieli władzy ustawodawczej, zachęcający do przeprowadzenia reform w zakresie kodeksu pracy, skrócenie tygodniowego wymiaru czasu pracy z 40 h do 30 h, żeby obywatele mieli czas odprowadzić na piechotę własne dzieci i szybciej je odebrać z „przechowalni”.

Znajdź mnie na Facebook.com – domipraca.blog.pl:



https://www.facebook.com/pages/domipracablogpl/581369431961286

Dołącz do grupy społecznej na FB – jestem świadomym konsumentem: https://www.facebook.com/groups/1543302525887696/

Czy brak pieniądzy powinien zniechęcać do bycia przedsiębiorczym?

„Kiedy zaczynasz interes, nie martw się, że masz za mało pieniędzy. Ograniczone fundusze to nie wada, lecz zaleta. Nic bardziej nie rozwija pomysłowości.”Brown Jackson

Bills. autor: angelolucas; źródło: pixabay.com

Bills. autor: angelolucas; źródło: pixabay.com

Urna wyborcza czy ciepłe kakao i rogalik?

Jak już powszechnie wiadomo, bowiem od tygodni uliczne słupy sygnalizacji świetlnej są dodatkowo udekorowane do piątego metra nad poziom gruntu, w niedzielę 16 listopada 2014 r. odbędą się kolejne wybory samorządowe w Polsce.

Election, autor: ed_davad; źródło: pixabay.com

Election, autor: ed_davad; źródło: pixabay.com

Jak zwykle przy okazji odbywających się wyborów politycznych mam problem z tym czy iść zagłosować i spełnić obywatelski obowiązek czy zostać w domu z rodziną i pić gorące kakao zagryzając pyszny rogalik z cukrem pudrem? Ten dylemat towarzyszy mi przez całe moje dorosłe życie. Notabene dotyczy każdego rodzaju wyborów z polityką w tle. Najważniejszy jest jednak dla mnie fakt, że mój dysonans z czasem nabrał czysto iluzorycznego charakteru. Szczerze się przyznam, że jak dotąd w moim życiu obywatelskim ciepłe kakao i rogalik wygrywały w 99% przypadków, a tylko raz wygrała urna wyborcza. Warto podkreślić, że ten jeden „incydent” na sto możliwych wyborczych sytuacji w moim życiu nie był głosowaniem „na kogoś”, lecz głosowaniem „przeciw komuś”. Nawet nie wiem czy to się powinno liczyć jako obywatelskie głosowanie… Z resztą oceniając sytuację po kilku latach musiałem samego siebie przepraszać za to, jakiego wyboru dokonałem. Mówiąc krótko – ten teatr i ta sztuka nie jest dla mnie i nie wzbudza żadnych pozytywnych emocji. Wręcz przeciwnie.

Pewnie nawet nie zapytacie, dlaczego tak życiowo zadecydowałem, więc od razu odpowiem, żeby rozwiać potencjalne niedomówienia. Powodem takiej obywatelskiej bierności jest „teoria krążenia elit”… To ona jest wszystkiemu winna! I ja oczywiście też, bo świadomie ją zaadoptowałem dla własnych potrzeb. Wkraczając w trzecią dekadę swojego życia, jeszcze w trakcie cenionych w kraju humanistycznych studiów magisterskich, zachłysnąłem się poglądami głoszonymi przez Vilfredo Pareto.

Otóż ten trzeźwo myślący i obserwujący zachowania społeczne włoski ekonomista i socjolog uknuł teorią, która mówiła wprost, iż w życiu politycznym istnieje pewien cykliczny, powtarzalny proces. Ów proces miał polegać na tym, że elity polityczne po przegranej walce o władzę przechodzą do opozycji i wkładają więcej wysiłku w to, aby dojść do władzy. Wraz z większą aktywnością opozycji szanse na objęcie przez nią władzy zwiększają się, natomiast po osiągnięciu tego celu elita wytraca swój impet w dalszej walce o władzę. W ten oto sposób następuje ciągła wymiana pozycji społecznych elit wywodzących się z opozycji i z koalicji. Pareto raz na zawsze rozwiał moje wątpliwości co do tego jak to wszystko działa, a ja dołożyłem od siebie teorię, że to wszystko i tak działa niezależnie od tego czy przy moim udziale czy bez niego. Teorię tą szybko wcieliłem w życie i pozostaję jej wierny… z jednym wyjątkiem, ale w tym przypadku nie ma co rozpamiętywać porażek.

Croissant, autor: JESHOOTS; źródło: pixabay.com

Croissant, autor: JESHOOTS; źródło: pixabay.com

Proste, prawda? Odkąd poczułem na własnej obywatelskiej skórze, co Pareto miał na myśli,  poświęciłem swoją energię wyłącznie na picie gorącego kakao i jedzenie chrupiących rogalików w miłym towarzystwie. Oczywiście politykom, niezależnie czy tym z ludzką czy świńską twarzą, nie przeszkadzam w organizowaniu i prowadzeniu rozgrywek ligowych. Systematycznie i bacznie obserwuję, „patrzę na ręce”, ale wycofałem się i nie zagłosuję! Cieszę się, że przyznałem sobie to unikalne prawo i nikt mi go nie odbierze. Dziękuję też Pareto, że otworzył mi szeroko oczy. Jestem świadomy, że konsumuje wyłącznie konsekwencje wyborów pozostałych obywateli. To mój osobisty wybór. Nie lubię wybierać mniejszego zła.